Polecamy: „Zwierz” – szokująca powieść prywatnego detektywa o kulisach pracy polskich śledczych. Przeczytaj fragment powieści!

Kilka dni temu nakładem wydawnictwa Initium ukazała się powieść „Zwierz” autorstwa Piotra Kościelnego, który na co dzień pracuje jako detektyw. Dzięki połączeniu, jakie daje autorowi lekkie pióro oraz dogłębna znajomość opisywanego przestępczego światka, doskonale obnaża ona brutalną prawdę o pracy polskich śledczych. Zapraszamy do zapoznania się z tą nową obowiązkową pozycją na półce każdej miłośniczki kryminałów i publikujemy 10-stronicowy fragment powieści!

Zwłoki młodej dziewczyny odkryte we Wrocławiu to dla doświadczonego komisarza Marka Mikulskiego nie pierwszyzna. Jednak gdy po zaledwie kilku dniach w lesie w okolicach Wołowa odnajdują się ciała kolejnych dwóch osób, a policja znajduje przy nich tajemniczy list,wiadomo już, że sprawcą jest psychopatyczny seryjny morderca.„Zwierz” – bo takim pseudonimem posługuje się sprawca – ostrzega, że będzie mordował tak długo, aż zostanie schwytany. Działa zaskakująco sprawnie i z niewiarygodnym okrucieństwem. Nie pozostawia po sobie żadnych namacalnych śladów, a jednocześnie zatacza coraz szersze kręgi. Kim jest „Zwierz” i jaką grę z policją prowadzi? Przeczytajcie powieść, która dopiero co zjechała z drukarskiej prasy, a już ma szansę, by stać się kryminalnym bestsellerem!

zwierz

kolaż własny redakcji, źródło zdjęcia w tle: www.pixabay.com (fog-1494431_1280)

Polecamy: „Zwierz” – szokująca powieść prywatnego detektywa o kulisach pracy polskich śledczych. Przeczytaj fragment powieści!

Autor powieści „Zwierz”, Piotr Kościelny, prowadzi prywatną agencję detektywistyczną, a jego współpracownicy to głównie emerytowani policjanci. Obok własnych doświadczeń, zaczerpniętych z rozwiązywania spraw, jakimi przyszło mu się zajmować, korzysta także z wiedzy pozyskanej od współpracowników. Dzięki temu jego książki cechuje wyjątkowy realizm, a czytelnicy mogą od środka zobaczyć, jak naprawdę wygląda praca polskich śledczych i przekonać się, z jakimi potwornościami stykają się oni niemal każdego dnia. Jeśli lubicie mrożące krew w żyłach powieści o nietypowej konstrukcji, pełne nieoczekiwanych zwrotów akcji, tej zimy musicie sięgnąć po powieść Kościelnego!

 

O Autorze

PIOTR KOŚCIELNY  – rocznik 1987. Prywatny detektyw, specjalista ds. bezpieczeństwa i windykacji terenowej. Jest zdeklarowanym miłośnikiem zwierząt (ma trzy koty i psa rasy bokser, z którym chętnie spaceruje), zaś czas wolny spędza na pisaniu. Jako autor zadebiutował przed dwoma laty, kiedy to ukazał się jego „Zakon” – powieść nominowana do tytułu „Polskiej książki roku 2017” w niezależnym konkursie literackim „Brakująca Litera”. Książka zebrała dotąd wiele pochlebnych opinii wśród czytelników.

 

Przeczytaj za darmo fragment powieści „Zwierz”!

 

Wrocław, 17 września 2017 r.

– Właściwie zabijałem, odkąd pamiętam. Zacząłem od zabijania zwierząt. Pierwszą ofiarą był kot sąsiadów. To było u babci na wakacjach. Mieszkała na wsi. Miałem zaledwie siedem lat. Zabiłem go kamieniem. Podchodził do mnie i się łasił. Jedną ręką głaskałem go po plecach, a drugą sięgnąłem po kamień. To był chyba pierwszy raz. Potem było więcej zwierząt. Ptaki złapane w siatkę, psy, jeże, najczęściej jednak koty.
Spojrzał na pozostałych mężczyzn zebranych w pokoju i wskazał na paczkę papierosów leżących na blacie biurka, przy którym siedział. Gdy otrzymał pozwolenie, wziął jednego i odpalił. Przez kajdanki szło mu trochę niezręcznie. W końcu jednak wydmuchał w powietrze chmurę dymu i kontynuował:
– Człowieka zabiłem pierwszy raz, gdy miałem dziesięć lat. Koło mojego domu, a mieszkaliśmy wtedy na Balonowej, były stare poniemieckie bunkry. Wszystkie dzieciaki tam chodziły, choć rodzice nie pozwalali. Wiecie, jak to jest. Starzy się martwią, ale gówniarze mają to w dupie. Na tych bunkrach starsi od nas pili alkohol i palili papierosy. Młodsi bawili się w chowanego albo berka. Wtedy były takie zabawy… – Uśmiechnął się i zaciągnął głęboko. – Była nas chyba dziesiątka dzieciaków. Graliśmy w chowanego. Odkryci siadali na starym korzeniu. Trochę wtedy padało,
było ślisko i zabawa miała się ku końcowi. W końcu i ja zostałem odkryty. Już miałem schodzić na korzeń, gdy ją zobaczyłem. Chowała się w jakimś zakamarku. Basia, tak miała na imię. Przytuliła się mocno do ściany bun-
kra. Z jednej strony miała tę ścianę, a z drugiej było chyba z osiem metrów w dół. Postanowiłem wtedy, że ją zepchnę. Gdy podszedłem bliżej, pokazała mi gestem, abym jej nie zdradził. Odwróciła głowę i wtedy ją popchnąłem. Nie zdążyła nawet pisnąć, tak była zaskoczona. Widziałem, jak spada na żelbetową część bunkra, odbija się od niej i leci jeszcze kilka metrów niżej. W miejscu, gdzie uderzyła głową, został krwawy ślad. Gdy
tak leżała na ziemi, zacząłem krzyczeć, że Basia spadła. Wszyscy się zlecieli. Nie pamiętam nawet, kiedy pojawiła się milicja i pogotowie. Wiecie, wtedy jeszcze była milicja. To był osiemdziesiąty ósmy rok, komuna miała
się ku końcowi…
Wziął kilka łapczywych machów i zgasił peta w popielniczce. Językiem kilka razy zwilżył usta.
– Większych problemów z tego zepchnięcia nie było. Milicja przesłuchała, rodzice straszyli konsekwencjami. W sumie tylko takie gadanie. Uznano, że śmierć Basi była nieszczęśliwym wypadkiem. Dostaliśmy od
starych zakaz chodzenia na te bunkry. Oczywiście nic sobie z tego nie zrobiliśmy. I to był mój pierwszy raz. Kolejny był mały Jasio. To było rok po śmierci Basi. Pojechałem na kolonię do Karpacza. Wycieczki były nawet ciekawe, chodziliśmy po górach, graliśmy w piłkę. Robiliśmy to, co robią dzieci w tym wieku na koloniach. Pamiętam, że do końca turnusu zostały dwa dni. Jasio był łakomczuchem i lubił się wymykać z ośrodka przez dziurę w płocie. Chodził do sklepu po jakieś landrynki. Wiem, bo kiedyś go śledziłem. Tego dnia widziałem, jak znów się wykrada. Poszedłem do kuchni i wyjąłem z szuflady długi nóż. Schowałem go pod koszulkę i poszedłem za Jasiem. Zaczekałem w krzakach, aż będzie wracał. Gdy był już blisko, wyskoczyłem i uderzyłem go kilkanaście razy w plecy. Tym nożem.
Wiecie, jak dużo krwi jest po takim ataku? No, może nie dużo, ale dla takiego dzieciaka jak ja to było dosłownie morze krwi. Wróciłem do ośrodka. Z tym nożem. W pokoju szybko się umyłem i przebrałem, a potem poszedłem pokopać w piłkę. Ale gra mi nie szła, co chwila zerkałem w stronę płotu, zastanawiając się, czy go znaleźli. Zamieszanie zrobiło się dwie godziny później, jak szliśmy na kolację. Opiekunki nas policzyły i stwierdzi-
ły, że jednego brakuje. Najpierw szukali Jasia w ośrodku, bez rezultatów. Ja w tym czasie siedziałem w pokoju i zastanawiałem się, jak się pozbyć noża, który miałem w torbie. Milicja przyjechała w miarę szybko. Szybko
też znalazła zwłoki przy płocie.

Sięgnął po kolejnego papierosa. Tym razem odpalił już sprawnie.
– Rano, gdy pojawiła się ta milicja i zaczęła przesłuchiwać wszystkie dzieciaki, to zastanawiałem się, czy przypadkiem nikt mnie nie widział, jak wtedy wracałem do ośrodka. Przyjechali rodzice Jasia. Płakali. Gdy milicjant wezwał mnie do pokoju i spytał, czy coś mi wiadomo o zniknięciu kolegi, powiedziałem, że Jasio dzień wcześniej pochwalił mi się, że spotkał kogoś znajomego. Ten mężczyzna kazał mu mówić do siebie „wujku” i częstował Jasia słodyczami. Powiedziałem, że Jasio wykrada się do tego wujka i wczoraj chyba też miał się z nim spotkać. Powiedziałem też, że
raz Jasio proponował mi, żebym poszedł z nim, ale się bałem. Policja mi uwierzyła. W dodatku znaleźli przy Jasiu słodycze. Po powrocie z kolonii słyszałem, jak moi rodzice mówili między sobą, że w Karpaczu jakiś pedofil zabił dzieciaka. Gdyby znali prawdę, chyba osiwieliby w jeden dzień.
– A… nóż? – spytał Adam Bojarski.
– Nóż?
– Ten, którym zabiłeś Jasia.
– Przywiozłem go do Wrocławia. Jeszcze pięć lat temu go miałem. Posłużył mi potem kilka razy, ale o tym później. Z tego, co wiem, nikt nigdy nie wyjaśnił tej sprawy do końca. Może nawet zbytnio się nie starano. Kończyła się komuna i milicja miała ważniejsze problemy na głowie niż
szukanie jakiegoś „wujka”.
Wziął kolejnego macha. Chwilę milczał, jakby układał sobie coś w głowie.
– Potem miałem przerwę – odezwał się znowu. – Nie zabijałem aż do osiemnastych urodzin. W dniu imprezy ostro popiłem z kolegami. Łaziliśmy bez celu, szukaliśmy zadymy. Wybiliśmy kilka szyb na przystankach, wyrwaliśmy jakieś lusterko w samochodzie. W sumie nic groźnego, ale zawsze to zastrzyk adrenaliny. Pamiętam, że odłączyłem
się od reszty chłopaków. Chciało mi się lać i poszedłem za bramę. Jak lałem, to poczułem, że ktoś mnie popycha. Obróciłem się i zobaczyłem jakiegoś gościa około czterdziestki. Stał i patrzył na mnie, jakbym mu skrzywdził córkę. Wydzierał się, krzyczał, że jestem świnią i leję mu pod bramą, a poza tym widział, jak wyrwałem lusterko. Powiedział,
że na policję zadzwoni. Zapiąłem rozporek i popatrzyłem dookoła. W pierwszej chwili chciałem uciekać, ale potem zauważyłem duży kamień. Taki kilogramowy, w sam raz pasujący do ręki. Przywaliłem mu tym kamorem prosto w głowę. Trafiłem akurat w nos. Potem poprawiłem w skroń. Facet tak jak stał, tak padł na ziemię. Pochyliłem się
nad nim i jeszcze kilka razy poprawiłem. Z twarzy była miazga. Wtedy o mało co nie wpadłem. Wziąłem ten kamień i zacząłem uciekać. W oddali słyszałem jakieś krzyki. Ktoś widział z okien, co zrobiłem, i starał się zaalarmować okolicę. Zwiałem do domu i szybko spakowałem kilka rzeczy w torbę. Wtedy postanowiłem uciec z chaty. Starzy spali, więc nic nie słyszeli. Zresztą w tamtym czasie mało ich obchodziłem. Mieli swoje problemy, chcieli się rozwieść. Pojechałem do kolegi z technikum. Mieszkał w okolicy Trzebnicy. Spędziłem u niego dwa tygodnie. Potem wróciłem do domu. Okazało się, że policja już była u moich rodziców i że mnie szukają. Postanowiłem się zgłosić sam. Pojechałem na komisariat na Połbina i dyżurnemu powiedziałem, że ponoć policja mnie szuka. Podczas przesłuchania okazało się, że kilku świadków widziało, jak łaziliśmy z kolegami po osiedlu, szukając dymu. W taki sposób policja ustaliła nasze dane. Kumple powiedzieli zgodnie, że cały czas byliśmy razem. Zeznali też, że w pobliżu kręciła się jakaś grupa z Kozanowa i szukała awantury. Policjanci starali się używać różnych
sztuczek, aby rozbić naszą solidarność, ale nie udało im się. A nie mogli wszystkich nas oskarżyć o zabójstwo. Jeszcze ten mój kolega z Trzebnicy zeznawał na moją korzyść. Powiedział, że przyjechałem do niego rano i nie widział żadnych śladów krwi na moim ubraniu. Postawiono mi tylko zarzuty za wybicie szyby na przystanku. Dostałem kolegium. Matka zapłaciła i było po sprawie. Od tamtego czasu się zmieniłem.  Nie piłem, nie włóczyłem się po nocach, wziąłem się za naukę. Wszyscy myśleli, że to kolegium i podejrzenia policji spowodowały zmianę. Ale
ja postanowiłem, że nie popełnię więcej takiego błędu, jak z tamtym facetem. Postanowiłem, że nie będę zabijał w swojej okolicy. Bojarski wstał i zaczął krążyć po pokoju. W pewnej chwili zatrzymał się i spojrzał na zatrzymanego.
– Chcesz kawy? – zapytał. – Przesłuchanie jeszcze trochę potrwa.
Mężczyzna skinął głową.
– A ty, Mikun? – Bojarski zwrócił się do swojego kolegi.
Komisarz Marek Mikulski tylko pokręcił głową.
– Młody, załatw jakiś czajnik, kubki i kawę – Bojarski rzucił w stronę
posterunkowego stojącego przy drzwiach. – I jeszcze jedną paczkę fajek.
Posiedzimy tu jeszcze. – Możesz kontynuować. – Spojrzał na przesłuchiwanego, kiedy drzwi się zamknęły.
Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem.
– Potem było kilka lat spokoju. Poszedłem do wojska. Byłem w jednostce w Żaganiu, u czołgistów. Tam nie zabiłem nikogo, chociaż podczas warty mnie kusiło. Powiedziałbym, że broń sama wypaliła. Jednak nie zdecydowałem się na taki krok. Gdzieś tam z tyłu głowy miałem, że ktoś mógłby pokojarzyć fakty. Wyszedłem z wojska i postanowiłem się ustatkować. Poznałem kobietę i z nią zamieszkałem. Podjąłem pracę w Biedronce na osiedlu. Pracowałem na kasie i na magazynie. Robota ciężka, ale dawała jako takie poczucie bezpieczeństwa. Bezrobocie wtedy było wysokie, więc
się nie wybrzydzało. Z tą kobietą, Małgosią, postanowiłem się ożenić. Rodzice pomogli nam zorganizować ślub i wesele. Po roku urodził się nam Krzysiu. Wszystko układało się dobrze, ale czegoś mi brakowało. Byłem
głodny adrenaliny. Wiele razy w głowie pojawiała mi się myśl, aby udusić poduszką Krzysia, ale w porę się opamiętywałem. Po czymś takim nie wywinąłbym się tak łatwo, jak dotychczas. Aby spełnić swoje pragnienie
zabijania, postanowiłem zmienić pracę. Najpierw zostałem przedstawicielem handlowym firmy sprzedającej kawę. Jeździłem po Dolnym Śląsku, głównie po sklepach na wioskach, i starałem się pozyskać klientów. Wtedy
zabiłem kolejny raz. Jak jechałem do Sobótki, zauważyłem przy drodze autostopowicza. Facet miał około trzydziestki i wyglądał jak bezdomny. Zabrałem go do samochodu. Jechaliśmy przez kilka kilometrów, rozmawiając o duperelach. W pewnym momencie zjechałem na leśny parking i powiedziałem mu, że muszę się wylać. Facet wysiadł z samochodu i odpalił papierosa. Wtedy zaszedłem go od tyłu i walnąłem kamieniem. Drugi kamień w moim arsenale. Facet upadł. Jęczał i błagał o życie. Wyjąłem z bagażnika klucz do kół. Tym kluczem waliłem w jego głowę chyba ze
dwadzieścia razy. Gdy facet już się nie ruszał, wziąłem go pod pachy i zaciągnąłem w krzaki. Schowałem klucz do bagażnika i odjechałem. Nie wiem, czy ktoś odnalazł zwłoki. Nie interesowałem się tym więcej. Potem
pojechałem do Sobótki i podpisałem kontrakt życia. Miałem dostarczać kawę do kilku sklepów należących do jednego właściciela. Pracując jako przedstawiciel tej firmy, zabiłem jeszcze dwa razy. Raz taką młodą dziewczynę. Wracała z dyskoteki, a ja zatrzymałem się i spytałem, czy ją podwieźć. To były okolice Oleśnicy. Dziewczyna była podpita i zaczęła się do mnie kleić. Sama zaproponowała, że mi obciągnie. Zjechałem w boczną uliczkę i zrobiła mi loda. Po wszystkim wysiedliśmy z auta i zapaliliśmy papierosy. Gdy opowiadała jakieś pierdoły, wyjąłem z bagażnika sznur.
Podszedłem od tyłu i zarzuciłem jej go na szyję. Dusiłem ją, a ona wierzgała i starała się mnie złapać za głowę. Gdy zwiotczała, to zdjąłem ten sznur. Ciało zaciągnąłem do małego zagajnika i przykryłem gałęziami.
– Skąd sznur? – spytał Bojarski.
– Sznur? Aaa… Żona poprosiła, żebym kupił. Mówiła, że trzeba zmienić na balkonie, bo ten stary brudzi ubrania. Kupiłem i woziłem w bagażniku ze dwa dni. Tego, którym zabiłem tą laskę, nie mogłem już wziąć do
domu. Wywaliłem go w okolicach Bielan i kupiłem nowy.
– Uhm… kontynuuj.
– Kolejny był menel, taki wioskowy żulik. Kilka razy, jak jechałem
w stronę Oławy, zatrzymywałem się w jednej wiosce. W sklepie kupowałem papierosy albo coś słodkiego, batonika, czekoladę. Jak się dużo jeździ, to czasem trzeba coś zjeść, a słodycze dają energię. Pamiętam tego menela, zawsze mnie zaczepiał. Chciał, żebym kupił mu piwo, a mnie wkurwiało takie żebranie. Jak kiedyś wracałem z roboty, a był listopad, ciemno na dworze, prawie go potrąciłem. Pijany, wylazł na sam środek jezdni, nie miał kamizelki odblaskowej, ledwo go widziałem. Zahamowałem w ostatniej chwili i wyszedłem go opieprzyć. Był tak pijany, że
ledwo stał. Wtedy przypomniałem sobie, że mam w aucie czteropak tyskiego. Wyjąłem browce i pokazałem menelowi. Oczy mu się rozszerzyły i wsiadł do auta. Przejechaliśmy może kilometr, zanim zatrzymałem się
przy starej opuszczonej ruderze. Żul wysiadł z auta, wziął piwo i poszedł do tej opuszczonej chałupy. A ja wyjąłem z bagażnika kanister z benzyną. Zawsze woziłem kanister. Zaczekałem, aż facet zaśnie, oblałem benzyną ruderę i podpaliłem. Jak płomienie wystrzeliły do góry, odjechałem. Na drugi dzień na wiosce dowiedziałem się, że spłonęła jakaś chałupa, a w środku znaleziono zwęglone zwłoki mężczyzny. Straż podejrzewała, że facet popił i sam zaprószył ogień, chcąc się ogrzać. Według policji mógł nawet nie wiedzieć, że płonie, taki był pijany. Śmiałem się z nieudolności
policjantów i strażaków. Jakby dokładniej wszystko sprawdzili, mogliby przecież ustalić, że pożar powstał w wyniku podpalenia benzyną. Tak przynajmniej mi się wydaje.
Do pokoju wrócił młody posterunkowy z czajnikiem i kubkami. Za
nim szedł drugi policjant; niósł paczkę kawy i papierosy. Postawili wszystko na blacie stołu i stanęli przy drzwiach.
– Mów dalej – powiedział Bojarski.
– Potem było jeszcze kilkanaście ofiar. Wszystkie pamiętam, ale kilka
utkwiło mi w pamięci lepiej niż inne. Na przykład bezdomnego na stacji
we Wrocławiu zadźgałem nożem. Tym samym, który zabrałem z tamtej
kolonii. W końcu postanowiłem zmienić pracę…

Oceń ten artykuł:

1 gwiazdka2 gwiazdki3 gwiazdki4 gwiazdki5 gwiazdek (24 głosów, średnia: 4,71 z 5)
zapisuję głos...
Komentarze
  1. macierzanka  25 listopada 2019 20:32

    Z chęcią przeczytam.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany