Mężczyzna mojego życia – cz.6 i ostatnia Waszych miłosnych historii

Oto historie miłosne naszych czytelniczek – część szósta

 

 

Historia Małgorzaty S.

Moją historię można opisać w wielkim skrócie tak: „Ona szukała lokatora, a on szukał pokoju i tak każde z nich znalazło to, czego szukało, a nawet więcej;)”.
A w mniejszym skrócie było tak:
Trzy panny w dużej kawalerce z wnęką udającą drugi pokój. Życie płynęło spokojnie, aż jedna z nas postanowiła się wyprowadzić. I kto by pomyślał, że znalezienie normalnej lokatorki na jej miejsce będzie takie trudne? Jedna pomieszkała miesiąc i zmyła się razem z czynszem. Druga zwodziła nas, by w końcu z nami nie zamieszkać (a przecież rachunków nie zapłacę na ładne oczy:). Trzecia oskarżyła mnie o kradzież pasztetu i na do widzenia wlała mi kisiel do butów ( hmmm… te spięcia damsko-damskie z komedii romantycznych chyba naprawdę są wzięte z życia;) . W końcu postanowiłyśmy, że trzecim lokatorem będzie mężczyzna. I wtedy pojawił się ON. Gdy otworzyłam drzwi, zobaczyłam baaaaaardzo wysokiego chłopaka w okularach, z szerokim uśmiechem na twarzy i paczką ciastek w dłoni… i wiedziałam, że ON będzie… nowym lokatorem:) Z uczelniano-zawodowych powodów widywaliśmy się dość rzadko, ale gdzieś między wspólnym obiadem, praniem i odkurzaniem poczułam, że w jego obecności grawitacja zaczyna przybierać na sile i ciągnie moje kolana w dół, a jego ręce coraz częściej nie mogą sobie znaleźć miejsca… i tak powolutku rozkwitało nasze uczucie. Trzy mieszkania i kilku współlokatorów później wciąż jesteśmy razem, a na moim serdecznym palcu błyszczy zapowiedź pięknej przysięgi:)
I nadal nie wiem, jak on to robi, ale sprawia, że czuję, iż jego miłość do mnie mieści się zarówno w  sukience, jak i w wytartych dżinsach, w seksownej bieliźnie i w ciepłym dresie, w wysokich szpilkach i starych kapciach, w makijażu i na surowo, w wyczesanej fryzurze i porannym kołtunie, w złości i w śmiechu… w każdym obliczu mojego 'ja’. Po prostu nie pozwala mi zapomnieć ani na chwilę, że jestem kobietą jego życia:)

Historia Joanny D.

To była sobota 23.sierpnia 2008 r. Zwykła, nudna i gorąca sobota, w roku, w którym sprawy sercowe gmatwały mi się bardziej niż kable od słuchawek telefonicznych. Zbita jak pies, trochę podłamana wracałam pociągiem z nieudanej, kolejnej randki. Miałam wtedy 22 lata i przeczucie, że będę tańczyć życiowe tango w pojedynkę. Jeszcze ta ciotka, która parę dni wcześniej wręczyła mi w prezencie figurkę żaby w koronie – To na szczęście, ale musisz ją cmoknąć, żeby pojawił się twój książę – tak sobie zażartowała, ale ku mojemu przerażeniu czekała póki faktycznie nie pocałowałam tego „czegoś”. Przypominając sobie tę dziecinną sytuację w końcu dotarłam do stacji końcowej, gdzie musiałam zmienić pociąg, żeby dotrzeć do swojej miejscowości. Czekałam cierpliwie, wodząc wzrokiem po ludziach na peronie. Palił papierosa oparty o balustradę. Był średniego wzrostu, miał ciemne, krótkie, delikatnie kręcone włosy. Patrzyłam na niego dalej, dobrze wiedząc, że przecież nie podejdę. Po chwili dostrzegłam przy nim moją sąsiadkę. To był znak. Ruszyłam do nich, modląc się w duchu, żeby nie narobić sobie przysłowiowego obciachu. Filip…ładne imię, ale kolejne niespodzianki dopiero na mnie czekały. Wsiadł w ten sam pociąg, wysiadł razem z nami na tej samej stacji, skręcił do domu położonego zaledwie dwie ulice ode mnie! Studiowałam w innym mieście, do rodziców przyjeżdżałam rzadko, na dodatek przeprowadziliśmy się do nowego domu niedawno, prawie nikogo nie znałam w okolicy. Zarzuciłam natychmiast koleżankę gradem pytań o niego, nawet umówiłyśmy się na późne pogaduchy, w trakcie których Dominika odebrała telefon od Filipa…też miał parę pytań 🙂  Spotkaliśmy się jeszcze tego samego wieczoru. Filip okazał się niezwykle inteligentnym, ciepłym i o dziwo nieśmiałym facetem, był idealny. Boże…czy ty, brzydka żabo, przyniosłaś mi jednak szczęście?

To była sobota 23 sierpnia 2014 r. Niezwykła, ekscytująca i ciepła sobota, w roku, w którym mężczyzna mojego życia, mój Filip, włożył mi na palec obrączkę.

Historia Michała Sz.

Moją drugą połówkę poznałem dosłownie w ostatniej chwili, zanim zdążyłem pozbawić ją zdrowia. Tak, tak, taki ze mnie gamoń, że o mały włos a byśmy się rozstali zanim na dobre się poznaliśmy. Ale po kolei… W moim rodzinnym domu mama z uporem maniaka ustawiała i uwieszała na balkonie wszelkiego rodzaju donice i doniczki z różnobarwnym kwieciem. Mama bardzo często wyjeżdżała na różne sympozja, więc dbanie o jej mały ogródek spadało na moje barki. Jak ja nie cierpiałem tego podlewania! Bo nie każdy facet ma talenty ogrodnicze i zadatki na gosposię, więc notorycznie przelewałem wodę w doniczkach. Któregoś dnia, kiedy jak zwykle wyczyniałem na balkonie karkołomne piruety, aby dokładnie podlać wszystkie kwiaty, niechcący zahaczyłem rękawem o skrzynkę. Zrobiłem to tak nieszczęśliwie, że wyhaczyła się ona z podpórek i runęła na dół. Z wielkim hukiem rozbiła się na chodniku, a ja nie musiałem długo czekać, żeby usłyszeć, kim jestem i co się ze mną stanie, jak mnie ta osoba na dole dorwie… Groźby niewątpliwie należały do kobiety i sadząc po ich intensywności i natężeniu dźwięku, dobrze się stało, że nie stanąłem z nią oko w oko. Nie doceniłem jednak jej odwagi, by nie rzec – tupetu. Odetchnąłem z ulgą, kiedy dzikie wrzaski ucichły, ale nie minęła nawet minuta, kiedy usłyszałem wściekłe walenie do drzwi. Bo pukaniem tego raczej nazwać się nie dało. W pierwszej chwili pomyślałem wściekły, że to pewnie znowu sąsiad jest na rauszu pomylił mieszkania i dobija się do nas. Ruszyłem z kopyta z mocnym postanowieniem udzielenia mu ostrej reprymendy. Jakież było moje zdziwienie (i przerażenie), kiedy ujrzałem na progu, z rękami pod boki, z groźną miną – niedoszłą (aczkolwiek bardzo ładną;)) ofiarę mojego pelargoniowego ataku. Chciałem przeprosić, ale zdołałem tylko wydukać ”Eeee…ja..tego…nooo… czy mógłbym w ramach przeprosin zaprosić panią na kawę?” Na szczęście owa urocza osóbka nie spełniła swoich wcześniejszych gróźb i dała się namówić – najpierw na kawę a później na wspólne życie;)

Historia Natalii  H.

Moja historia jest dość nowoczesna. Wszystko zaczęło się na portalu randkowym, gdzie założyłam konto z ciekawości. Nie szukałam nikogo na tamtą chwilę, byłam po prostu zdumiona i bardzo ciekawa jak w takim miejscu, jak w Internecie mogą zawierać znajomości, co więcej – zakochiwać się? Byłam tam około miesiąca i znalazłam profil, który mnie zaintrygował, nie miałam konta vip, miałam jedynie możliwość „puszczenia oczka”, tak też zrobiłam. Reszta potoczyła się dość szybko i dość niespodziewanie. Jak się okazało to nie ja upolowałam moją ofiarę, tylko ona mnie.. już rok przed tym zdarzeniem, rok przed tym niewinnym „puszczeniem oczka”, jak nic to było przeznaczenie. Przeznaczenie, które trwa już 4 lata 🙂

 

Historia Haliny M.

Mężczyznę mojego życia poznałam zupełnie przypadkiem. I to przypadek zadecydował o tym jak dalej potoczyło się nasze wspólne życie. Nie były to czasy, kiedy poszukiwania partnera w Internecie były popularne, podejrzewam, że nawet nie wiedziałam czym właściwie jest Internet. Teraz specjaliści dobierają nam partnera wedle oczekiwań. Możemy zadecydować o jego wzroście, kolorze włosów i o tym jaką kuchnię lubi. Czy to jest dobre? Nie mam pojęcia. Piotra poznałam na wakacjach zakładowych. Do samego końca przekładałam turnus, który ostatecznie osadził się na wrzesień 1988. Pojechałam do Zakopanego i wylądowałam w pokoju z zupełnie obcymi kobietami. To było normalne dla takich czasów. Teraz byłoby to nie do pomyślenia, albo można było to uznać za totalnie ekstremalną formę spędzania wakacji. Pewnego dnia na jednym z górskich szlaków zobaczyłam mężczyznę. Miał w ręku lornetkę. Byłam bardzo ciekawa co przez nią można zobaczyć i jakie zbliżenie daje. Przyglądałam się mu więc w nadziei, że to zauważy i pozwoli mi spojrzeć na górskie krajobrazy. Udało się! Wymieniliśmy kilka zdań, a ja z wrażenia praktycznie nic nie zobaczyłam. Jakie było moje zdziwienie i cicha radość, kiedy zobaczyłam go tego samego dnia przy kolacji. Okazało się, że Piotr jest zameldowany w tym samym domu wczasowym i również przyjechał na zakładowe wakacje. Po kolacji odbywał się wieczorek zapoznawczy. Moje nowe koleżanki zrobiły mnie na bóstwo. Piotr ledwo mnie poznał, a później poprosił do tańca. Było niesamowicie. Każdy kolejny dzień urlopu sprawiał, że byłam coraz bardziej oczarowana. Mieszkaliśmy 300 km od siebie. Każdego dnia przesyłał mi pocztówkę na której zapewnial, że za mną tęskni. 3 lata później przeprowadził się na śląsk i został moim mężem, nic się nie zmieniło. Tegoroczne wakacje spędziliśmy również w Zakopanem, pokazując córce ten szlak i ten hotel. Nie było smsów, facebooków, skypów. Daliśmy radę bez problemu. Bo się kochaliśmy. I to również się nie zmieniło.

Historia Alicji Ś.

Miłość mojego życia
poraziła w lipcu jak błyskawica .
Tak jakby ciemność mi rozświetliła
Dała cudowną ciszę , mocne uderzenie poprzedziła.
Gdy przystojnego mężczyznę wtedy ujrzałam,
Od razu pomyślałam:
„ To jest ten jedyny, na całe życie,
Chcę się budzić przy Nim codziennie o świcie”.
Jak co dzień na przystanek autobusowy wędrowałam,
I dokładnie 16 lipca dnia piękność ujrzałam.
Akurat tego dnia autobus spóźniał się minut kilkanaście,
I wtedy do pięknej kobiety odezwałam się właśnie.
Pamiętam ten dzień jakby to wczoraj było,
Ależ wtedy słońce parzyło, ale serce jeszcze mocniej waliło.
Zaczęliśmy ze sobą rozmawiać,
Ohhh ciężko mi było słowa wypowiadać.
I tak poprzez rozmowy na przystanku codziennie się zbliżaliśmy,
Tak krok po kroku się poznawaliśmy.
Już jesteśmy ze sobą ponad 3 miesiące
Nasza miłość kwitnie – wspólne chwile są kojące.
Obok Niego czuję się jak w siódmym niebie,
Chcę Go mieć zawsze blisko siebie.
Dlatego przyznam się na koniec bez dwóch zdań,
iż na kawkę w tej filiżance chrapkę mam.

Historia Ewy L.

Historycznie – to będzie dzień egzaminów wstępnych do liceum, koniec czerwca w takim razie, daty dziennej nie pamiętam, rok i owszem, 1994, bo niedawno miałam 15-lecie matury…
Matematycznie – i owszem, bo myśmy akurat pisali egzamin wstępny (wtedy się jeszcze coś takiego pisało, a nie testy i punkty i strona internetowa – pamietacie???) w sali matematycznej.
Polonistycznie – no bo to szło jak w alfabecie 🙂 ja na „L”, on na „Ł”.
I – teraz będzie wosowo – ja wogóle nie miałam pojęcia, że to jest ktoś istotny, znany, czy nawet pośrednio znajomy, ale moja matka, która zobaczyła listę (taaaaaaak, wtedy jeszcze wywieszano listy, z nazwiskami, ocenami i połową innych danych, które dziś są absolutnie tajne, a wywieszać nic nie wolno, może poza aktem apostazji – vide Palikot, ale jak ktoś oglądał dziś, albo wczoraj media jakiekolwiek, to wie, że posłom jednak wolno więcej, zwłaszcza w Hiszpanii)…
Wracając do tematu i wosu – matka moja zerknęła na listę przyjętych i mówi: „O! Ł., syn Grzegorza. Wiesz, tego polonisty z….”. Tym samym jury ma specyfikę więzi lokalnych, gdzie wszyscy się ze wszystkimi znają. I wszyscy o wszystkim wiedzą, ot co.

Potem, potem był już 1 września i było (wspólnie, ale osobno) biologiczno-chemicznie. Przez prawie cztery lata, więc zdążyliśmy się polubić. Po potem nawet zaprzyjaźnić.
A miłość? Wtedy, geograficznie 🙂 , była daleko… Bardzo…

Ale przecież nie o miłość pytaliście, prawda?

Historia Ewy B.

Chciałam w kilki słowach opowiedzieć jak poznałam mojego cudownego Narzeczonego. Poznaliśmy się w listopadzie w 2011 roku na portalu społecznościowym sympatia.pl. Mój Narzeczony nazywa się Jacek.

On jako pierwszy puścił mi oczko, a ja nie byłam dłużna i zrobiłam to samo. Później napisał do mnie pierwszą wiadomość. Początkowo ograniczaliśmy się do wiadomości mailowych dopiero po jakimś czasie podał mi numer telefonu i zaczęliśmy tak znajomość. Mój Wspaniały Mężczyzna twierdzi że napisał do mnie bo spodobał mu się mój login „motylek” i to że na zdjęciu siedziałam na drzewie.

Pierwszy raz spotkaliśmy się 4 lutego 2012 roku kiedy to Jacek miał 25 urodziny, na Placu Solnym koło Wrocławskiego Rynku. Był to bardzo zimny dzień, ale mimo wszystko poszliśmy na czekoladowe lody do anielskiej kawiarni. Anielska bo wszędzie na ścianach były namalowane cherubinki. Później poszliśmy na długi spacer wrocławskimi ulicami i tak oto zaczęła się nasza historia.

***

Pozostałe historie znajdziecie pod linkami:

Prawdziwe historie: Mężczyzna mojego życia – cz.1

Prawdziwe historie: Mężczyzna mojego życia – cz.2

Prawdziwe historie: Mężczyzna mojego życia – cz.3

Prawdziwe historie: Mężczyzna mojego życia – cz.4

Prawdziwe historie: Mężczyzna mojego życia – cz.5

Oceń ten artykuł:

1 gwiazdka2 gwiazdki3 gwiazdki4 gwiazdki5 gwiazdek (150 głosów, średnia: 4,55 z 5)
zapisuję głos...
Komentarze
  1. bbo  15 listopada 2014 09:21

    Brawo dla Natalii H za odwagę w „nowoczesnej” miłości 🙂

    Odpowiedz
  2. lilkawodna  15 listopada 2014 20:09

    Ciekawe historie.

    Odpowiedz
  3. gusia.  18 listopada 2014 11:21

    Ciekawe do kogo powędruje nagroda,bo tyle ciekawych prac napłynęło .

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany